Bitwa o Grodzisko - 2 września 1944 r.

Ostentacyjne odejście oddziałów Korpusu Kieleckiego spod Kielc, a następnie ich ulokowanie w bezpiecznym lesistym terenie dawało szansę na odpoczynek i reorganizację. Niestety Niemcy nie wiedząc o zmianie pobytu oddziałów AK postanowili rozpoznać okolice Radoszyc.

Pierwsze starcie

Nic nie wiedząc o obecności w okolicy Radoszyc poważnych sił AK Niemcy postanowili rozpoznać teren. Chodziło o wyznaczenie przyszłych stanowisk dla artylerii (zapewne w związku z działaniami frontowymi), a przy okazji siły bezpieczeństwa chciały rozpoznać teren w związku z ewentualną pacyfikacją.

     Ekspedycją dowodził ppłk. von Vultejus. Formalnie dowodził on Erkundstab V, będącego formacją zwiadu armii. Jego zadaniem było rozpoznanie przedpola w okolicy Łopuszno – Radoszyce. Do sił von Vultejusa dołączyły siły policji bezpieczeństwa (Sipo) z Włoszczowy i Końskich. Do tego należy doliczyć asystę Wehrmachtu i żandarmerii. Łącznie ekspedycja liczyła 48 ludzi.

wachmistrz Edward Goetzendorf-Grabowski „Zbiświcz”

     Dwa osobowe samochody niemieckiej ekspedycji (ubezpieczenie przednie) dotarły do Radoszyc około południa nadjeżdżając od strony Grodziska. Samochody zatrzymały się przy rynku u wylotu ulicy Krakowskiej, przed restauracją pani Zielińskiej.

     W tym czasie w miasteczku przebywały dwa patrole aprowizacyjne. Jeden wywodzący się z 3 ppLeg. zaopatrzony w dwa wozy pobierał chleb z miejscowej piekarni (po przeciwnej stronie rynku niż restauracja).

     Drugi, wywodzący się z NSZ, kupował medykamenty (część materiałów podaje odwrotny cel wizyty, ale wydaje się, że podawany przez nas cel jest poprawny). W skład patrolu NSZ wchodził kpt. Tadeusz Rzepecki „Stefan Białynia” – kwatermistrz 202 pp NSZ, którego eskortowała drużyna dowodzona przez sierż. Aleksandra Wilczyńskiego „Wilk”.

     To on właśnie pierwszy starł się z wjeżdżającymi na dwóch samochodach Niemcami zadając im straty. Do walki włączył się także pierwszy patrol i wspólnie rozbito intruzów. Poległo: dwóch oficerów, dwóch podoficerów i jeden szeregowiec. Drugi samochód wyrwał się jednak z ostrzału i umknął w kierunku Grodziska.

     Po pewnym czasie Niemcy sprowadzeni przez obsadę tego auta nadjechali od strony Włoszczowej na dwóch samochodach ciężarowych. Rozproszyły one w Grodzisku patrol furażowy pod dowództwem wachmistrza Edwarda Goetzendorf-Grabowskiego „Zbiświcz” ze zwiadu konnego II. batalionu 2 ppLeg. W wyniku starcia konni wycofali się w kierunku zachodnim do wsi Wisy. Siły niemieckie podzieliły się na dwie części jedna rozpoczęła palić zabudowania w Grodzisku, a druga w samych Radoszycach.

Partyzanckie rozpoznanie

Informacje o sytuacji w Radoszycach docierając do oddziałów AK spowodowały natychmiastową reakcję. Sytuację ułatwiał fakt, że dowódcy pułków oraz wybrani oficerowie przebywali na odprawie u dowódcy 2 Dywizji Piechoty AK. Wydając polecenia byli zorientowani co do działań innych pułków.

     Dowódca 2 pp Leg. płk Antoni Wiktorowski "Kruk" po otrzymaniu wiadomości o zaistniałej sytuacji natychmiast rozkazał stojącemu najbliżej II batalionowi przeprowadzenie rozpoznania oraz wsparcia patroli AK o ile jeszcze toczą walkę. Jednocześnie resztę pułku postawiono w stan gotowości, a wozy z chorymi i rannymi oraz tabory przygotowano do ewakuacji. Na dalekie rozpoznanie wysłano również patrole ze zwiadu konnego.

Mapa okolic Radoszyc

     Dowódca II batalionu Tadeusz Pytlakowski "Tarnina" rozkazał 4 kompanii "Jędrusie" rozpoznanie w kierunku Grodziska, natomiast 5 kompanii w kierunku Radoszyc. Patrole 5 kompanii po dotarciu na miejsce zobaczyły tylko płonące zabudowania pozostały więc na pozycjach oczekując następnych rozkazów, co było zgodne z założeniami bowiem dowódca pułku wiedział o działaniach innych swoich oddziałów. 

     Dowódca 4 kompanii po dotarciu w okolice Grodziska wysłał patrol pod dowództwem Zbigniewa Kabata "Bobo" w skład którego wchodziła drużyna strzelecka, drużyna ckm-ów, a także sekcja "Piat" na rozpoznanie drogi od strony Włoszczowy. Pod przysiółkiem Cieśniów oddział ten natrafił na kompanie z 3 pułku.

     Równolegle z informacjami jakie dotarły do dowództwa dywizji także do 3 pułku dotarł łącznik z Placówki Radoszyce. Dowódca pułku był na naradzie. Dowodzący II batalionem Antoni Heda „Szary” rozpoczął przygotowania do ataku na Radoszyce. O wszystkim jednak powiadomił  przez swojego adiutanta (Marian Świderski „Marian”) dowódcę pułku majora Stanisława Poredę „Świętek” który zatwierdził zamiar odpowiadając: „Rozpoznać nieprzyjaciela i niszczyć według powziętej decyzji, przedstawionej ustnie przez „Mariana””.

„Szary” wyznaczył swoim oddziałom następujące zadnia:

-1 kompania Henryka Wojciechowskiego „Sęk” miała zablokować drogę Radoszyce - Końskie zajmując stanowiska w oparciu o skraj lasu. Zadaniem kompanii było ubezpieczenie akcji od strony Końskich i jednocześnie zniszczenie wypieranych z Radoszyc jednostek niemieckich.

-2 kompania Ludwika Wiechuły „Jeleń” („Szary” podaje, że dodatkowo przydzielono jej pluton z 3 kompanii, ale nie znajduje to potwierdzenia w innych materiałach tym bardziej, że 3 kompania wsparcia nie była podzielona na plutony była bowiem w tym czasie nieliczna) miała opanować szosę Radoszyce – Włoszczowa na wysokości Jakimowic. Zadaniem kompanii było zabezpieczenie akcji od strony Włoszczowy oraz natarcie na Radoszyce i wyparcie Niemców na stanowiska kompanii „Sęka”.

-kompania wsparcia (dowódca Władysław Lasota „Rawicz”) miała ubezpieczać miejsce postoju batalionu.

Na Grodzisko

Ludwik Wiechuła „Jeleń”

Kompania por. „Jelenia" zamierzała przeciąć drogę z Radoszyc do Włoszczowy na wysokości Jakimowic, aby następnie przez wieś Grodzisko zaatakować Radoszyce. Po osiągnięciu wis Momocicha dowódca natarł plutonem Stefana Stawińskiego „Lis”, w kierunku wzgórza 249,9, aby uchwycić szosę na północ od Jakimowic. Pluton ten napotkał w Cieśniowie wspominany już patrol „Boba” i wraz z nim wykonał atak. Nacisk sił polskich wypłoszył z południowej części Grodziska  część sił niemieckich, które wykorzystując parkujące tam samochody uciekły w kierunku Włoszczowej. Udało się to zanim droga została zajęta przez żołnierzy AK. W tym czasie reszta kompanii pod dowództwem „Szarego” opanowała bez walki Grodzisko i nie napotykając nieprzyjaciela zaczęła pomagać mieszkańcom w gaszeniu pożarów.

     Po zakończeniu akcji „Szary” zamierzał sprawdzić sytuację w Radoszycach i dopiero wtedy powrócić do obozowiska. W tym czasie do Grodziska dotarł patrol konny pod dowództwem „Zbyświcza” (rozproszony w pierwszej fazie walki) który przyprowadził oddział NSZ, być może była to biorąca udział w pierwszym starciu na Rynku drużyna "Wilka").

     Oddziały przygotowane już do marszu na skraju Grodziska (od strony Radoszyc) zostały ostrzelane przez nierozpoznany oddział niemiecki. Okazało się, że w Radoszycach pozostała część niemieckiej ekspedycji, która teraz wycofywała się właśnie do Grodziska gdzie pierwotnie stały auta którymi przyjechała. Niemcy początkowo usadowili się po obu stronach drogi w oparciu o mostek nad rzeczką, ale szybkie posunięcia partyzanckich plutonów zmusiły ich do wycofania. Po lewej stronie drogi nacierał I pluton Stefan Stawiński „Lis”, po prawej stronie II pluton Mieczysława Zasady „Wrzos” („Szary” podaje, że plutonem dowodził „Samson”, ale to mało prawdopodobne bowiem Józef Szczepanik „Samson” był w tym czasie szefem kompanii). Także po prawej stronie drogi nacierał III pluton którym dowodził Wacław Borowiec „Niegolewski”.

     Tyły walczących zabezpieczała drużyna „Bobo”, patrol „Zbyświcza” oraz przybyły z nim oddział NSZ.

strzelec Kazimierz Proskurnicki „Korwin”

     Niemcy widząc przeważające siły partyzantów które w sprawny sposób okrążają ich stanowiska wycofali się na wzgórze 241 na którym znajdowała się przydrożna figurka. Mając dogodne stanowisko utrudniali partyzantom poruszanie się i zapewne kontynuowali by wycofywanie (wzgórze dawało im zasłonę) gdyby do miejsca walki nie dotarł jeden z plutonów z 1 kompanii „Sęka”. Kompania oczekiwała z drugiej strony Radoszyc na wyparcie Niemców, ale nie mogąc się ich doczekać, a jednocześnie słysząc odgłosy walki, dowódca wysłał na rozpoznanie jeden z plutonów. „Szary” podaje, że dowodził nim podchorąży „Kruk”, ale problem w tym, że w tym czasie nikt o takim stopniu i pseudonimie nie dowodził w kompanii plutonem. Niezależnie od kwestii dowodzenia pluton ten zamknął pierścień okrążenia uniemożliwiając Niemcom wycofanie.

     Nieprzyjaciel został otoczony na wzgórzu, ale prowadził twardą obronę. Szala zwycięstwa przechyliła się na stronę żołnierzy AK gdy Niemcom zaczęło brakować amunicji, a partyzanci zaczęli obrzucać ich stanowiska granatami. Ostatecznie pozycje okupanta zostały zdobyte w szturmie z użyciem bagnetów.

Polegli, ranni i jeńcy

Zwycięstwo zostało okupione śmiercią dwóch żołnierzy: strzelec Kazimierz Proskurnicki „Korwin” (lat 21) i strzelec Edmund Rożnowski „Zenek” (lat 17). Ranny był jeden żołnierz.

     Podczas walki na wzgórzu poległo 22 nieprzyjaciół, a dwóch dostało się do niewoli. Polegli okupanci wywodzili się głównie z formacji wschodnich („ostlegionerzy, ale było wśród nich także kilku żandarmów. Spośród tych ostatnich zidentyfikowani zostali: SS-sturmfuhrer Kopitzke – szef Sipo z placówki Włoszczowa, SS-scharfuhrer Isert z placówki Sipo we Włoszczowej oraz zastępca szefa Gestapo na powiat Końskie.

     Do niewoli zostali wzięci jeden gestapowiec i jeden żandarm, ale zanim oddziały opuściły miejsce walki jeden z partyzantów, pomimo straży, dopadł do jeńców i zabił ich bagnetem. Jak sam tłumaczył zrobił to w napadzie szału na wspomnienie swojej zamordowanej rodziny. Tak więc Niemcy tego dnia stracili łącznie: 5 żołnierzy poległych w Radoszycach, 22 zabitych na wzgórzu i dwóch zabitych jeńców. Łącznie 29.

     Po zakończeniu walki zebrano z pola walki: 2 –lkm-y, 2-rkm-y, 5 pistoletów maszynowych oraz kilkanaście karabinów i pistoletów. Oddziały pozostały w Grodzisku do godziny 23 zabezpieczając teren po czym przez Radoszyce odeszły do swoich kwater. „Szary” do Węgrzynowa, a oddział „Boba” do Mularzowa bądź Kapałowa gdzie kwatery zajmował II batalion 2 pp Leg. AK.

Bitwa pod Lipnem - 29 października 1944 r.

Jeszcze wieczorem oddziały zgrupowania rozpoczęły 20-kilometrowy marsz, aby o świcie zapaść w lasach w okolicach Lipna. Dowódcy liczyli, ze tym razem uda się wymknąć obławie. Niemcy liczyli, że partyzantów uda się jak najszybciej osaczyć. 

Odskok

Mapa terenu bitwy

28 października po zakończeniu walk major Adam Szajna „Roztoka” podjął decyzję o natychmiastowym opuszczeniu zagrożonego terenu o czym poinformował dowódców na naradzie. Prawdopodobnie jeszcze przed zapadnięciem zmroku oddziały wyruszyły z lasów kwilińskich i przekroczyły Nidę w rejonie wsi Podłazie kierując się na Dąbie. Jak podają materiały źródłowe niedługo później brzegi rzeki zostały obsadzone przez oddziały niemieckie zamykające pierścień okrążenia.

     Tak jak poprzedniej nocy oddziały poruszały się w następującym szyku: zwiad konny, którego zadaniem było sprawdzenie terenu, pluton straży przedniej, I batalion 74 pp, tabory, II batalion 74 pp i  jako straż tylna I batalion 2 ppLeg.

     Po ponad 20-kilometrowym marszu oddziały zapadły w lasach majątku Lipno. Idące jako straż tylna kompanie 2 ppLeg. weszły do lasu już o świcie.

Ugrupowanie obronne

Dowództwo 7 Dywizji Piechoty, 74 pp, zwiad konny oraz pluton osłony radia zajęły kwatery we wsi Michałów. Dowództwo nakazało wszystkim oddziałom zajęcie obrony okrężnej.

     Batalion 2 ppLeg. pod dowództwem Eugeniusza Kaszyńskiego „Nurt”, który szedł w straży tylnej, jako ostatni wszedł do kompleksu leśnego i zajął stanowiska obronne w jego południowej części. Dowódca określił trzy kierunki ewentualnego zagrożenia tj. od Lasochowa i Wiśnicza ze wschodu, z kierunku Lipna z południa i od Przygradowa z południowego zachodu. „Nurt” tak rozmieścił swoje kompanie (były to już jednostki szczątkowe, liczące od 40 do 80 żołnierzy), że tworzyły rodzaj obozu warownego z wysuniętymi na przedpole czujkami.

Plan rozmieszczenia według "Marcina" zawiera kilka nieścisłości

Szczegółowy układ rozmieszczenia oddziałów:

- kierunek południowy od strony wsi Lipno zabezpieczała kompania Jerzego Stefanowskiego „Habdank”, która wystawiła na groblę pomiędzy stawami placówkę Romualda Szumielewicza „Gwer”

- kierunek południowo-zachodni od strony wsi Przygradów zabezpieczała kompania Władysława Czerwonki „Jurek” z wysuniętą placówką Izaaka Czyżyka „Adam”,

-kierunek wschodni od strony Lasochowa i Wiśnicza ubezpieczany był przez kompanię „Szorta” z wysuniętą placówką „Gajowego”,

-kierunek północny – droga z Kozłowa – także był dozorowany przez kompanię Tomasza Wagi „Szort”, która wystawiła tu placówkę Zdzisława Rachtana „Halny” (miała ona na skrzydle kontakt z 2 kompanią I bat. 74 pp)

-w odwodzie pozostawała kompania Mariana Świderskiego „Dzik”

Niemieckie rozpoznanie

Oddziały AK przez pierwsze godziny nie były niepokojone. Niemieckie dowództwo poszukiwało zapewne śladów partyzantów którzy wymknęli się z pierścienia okrążającego lasy kwilińskie. Spokój skończył się ok. godziny 10 gdy nadleciał niemiecki samolot rozpoznawczy „Storch”. Niemieckie rozpoznanie lotnicze zadowoliło się wykryciem oddziałów „Nurta” i nie było kontynuowane w głębi lasów gdzie stacjonował 74 pp co miało później swoje konsekwencje.

     Prawdopodobnie w tym samym czasie do zgrupowania powróciła ta część zwiadu konnego która odprowadzała ppłk Przemysław Nakoniecznikoff-Klukowskiego „Kruk” do Raszkowa.

     Na godzinę 13.00 major „Roztoka” zarządził w swojej kwaterze odprawę z dowódcami batalionów oraz kompanii (z 74 pp). Dowódcę batalionu 2 ppLeg. reprezentował Leszek Popiel „Antoniewicz”, adiutant dowódcy

     Prawdopodobnie już podczas odprawy oficerowie słyszeli odgłosy  rozpoczynającej się walki na odcinku bronionym przez „Nurta. Potwierdziło to przypuszczenia, że Niemcy mogą atakować właśnie od południowej strony, ale liczono, że uda się utrzymać linię obrony do wieczora opierającą się w dużej części o stawy rybne.

     Ustalono, że z chwilą zwiększenia niemieckiego nacisku oddziały będą wycofywały się w kierunku północnym aby zająć linię obrony obok lasu ciągnącego się wzdłuż torów kolejowych

     Ustalono także, że po zapadnięciu zmroku wszystkie oddziały przejdą tory kolejowe i udadzą się w kompleks leśny w rejonie gajówki Jamskie.

Czołg w lesie

Piat na stanowisku - październik 1944 r.

Narada została przerwana przed godziną 14 gdy obradujący usłyszeli gwałtowną strzelaninę dochodzącą z pobliskiej placówki obsadzonej przez pluton osłony radia. Dowódcy udali się do swoich oddziałów. Po sprawdzeniu sytuacji na placówce (na skrzyżowaniu drogi prowadzącej z Michałowa do drogi Rząbiec – Henryków) okazało się, że od strony Rząbca wprost na placówkę nadjechał czołg. Placówka ostrzelała go, a ten odpowiedział ogniem z karabinu maszynowego oraz z działa. Zapał niemieckich czołgistów został ostudzony gdy ich pojazd został ostrzelany z piata. Strzał, choć niecelny, odniósł ten skutek, że czołg zawrócił i wycofał się do Rząbca.

     Atak ten dziś możemy odczytać jako element przygotowanej przez Niemców operacji. Rozpoznanie lotnicze wykryło tylko zgrupowanie „Nurta”, o pozostałych oddziałach Niemcy nie mieli pojęcia wysłali więc w głąb lasu czołg, zapewne pierwszy jako rozpoznanie. Nigdy czołgi nie zapuszczały się do lasu bez wsparcia piechoty. Tym razem Niemcy zdecydowali się na taki ruch bowiem nie wiedzieli o znajdujących się tu oddziałach. Plan niemiecki zapewne przewidywał wyjście czołgiem (czołgami?) na zaplecze oddziałów „Nurta” i ich rozbicie.

Krwawy szturm

Jedyny moździerz znajdujący się na stanie batalionu „Nurta”. Przy broni Serwacy Chruściński „Tudor” obok stoi Eugeniusz Kaszyński „Nurt” - październik 1944 r.

Wspomniane już rozpoznanie lotnicze i jego efekty sprawiło, że około południa w rejon wsi Lipno i Przygradów nadciągnęły pierwsze siły niemieckie przewidziane do ataku. Około godziny 14 niemieckie moździerze obłożyły ogniem lizjerę lasu a pod jego osłoną do szturmu ruszyły wyznaczone oddziały.

     Główne uderzenie siłami batalionu i przy wsparciu samochodu pancernego wyszło z rejonu Przygradowa z zamiarem wyminięcia stawów po zachodniej ich stronie. W pierwszej fali do szturmu poszła niemiecka kompania wojska zatrzymana ogniem ubezpieczającej ten kierunek drużyny „Adama”. Dysproporcja sił była jednak olbrzymia i tylko kwestią czasu było wycofanie placówki. Natychmiast poproszono o pomoc. Dowódca kompanii skierował wzmocnienie w sile jednej drużyny, a wobec nadjeżdżającego samochodu pancernego „Nurt” skierował na ten odcinek jedyny znajdujący się na stanie batalionu moździerz. Obsługiwali go Michał Mandziara „Siwy”, Stanisław Pałac „Mariański”, Jerzy Stefanowski „Habdank” i ogniomistrz Marian Łyżwa „Żbik”. Pierwszoplanową rolę w obsudze moździeża miał "Marianski". Metodą "po lufie" potrafił on prowadzić celny ogień z moździeża, który miał uszkodzone przyrządy celownicze. Prowadzony przez niego ogień był  celny, a jeden z pocisków unieruchomił też samochód pancerny. Ostatecznie natarcie zostało powstrzymane.

     Pomocnicze natarcie zostało skierowane z Lipna przez groblę na stanowiska obsadzone przez placówkę „Gwera”. Także tutaj atak został poprzedzony ostrzałem moździerzy. Do szturmu ruszyła kompania niemieckiego wojska. Jej zadanie było trudne bowiem nacierała ona wzdłuż drogi biegnącej groblą pomiędzy stawami. Pierwsze straty atakujący ponieśli z chwilą gdy weszli na założone przez saperów miny. Dodatkowo silny ogień z dwóch rkm-ów sprawił, że atak załamał się przy dużych stratach szturmujących. Aby pozostała cześć niemieckiej kompanii mogła się wycofać stanowiska partyzanckiej placówki zostały obłożone ogniem moździerzy. Przytłumił on nieco ogień żołnierzy AK pozwalając wycofać się Niemcom.

Drugie podejście Niemców

Na głównym kierunku uderzenia, od strony Przygradowa, Niemcy do walki wprowadzili kolejne pododdziały. Przygotowanie do ataku rozpoczął ostrzał moździerzy. Pod jego osłoną do szturmu ruszyły oddziały wykorzystując rozległy odkryty teren od wsi do lasu. Przewaga atakujących była znaczną stąd obie drużyny musiały się cofnąć w głąb lasu na główną linię obrony. Dobrze wybrane i zamaskowane stanowiska sprawiły, że straty partyzantów były minimalne: lekko ranny był jedynie strzelec Zdzisław Szczechura „Czarny”. 

Narada Dowódców: pośrodku Eugeniusz Kaszyński „Nurt” z prawej tyłem Marian Świderski „Dzik” - październik 1944 r.

     Cofnięcie kompanii „Jurka” do lasu spowodowało niebezpieczną sytuację: drużynie „Gwera” zajmującej stanowisko na grobli groziło odcięcie. Jej sytuacja była zresztą i tak ciężka bowiem Niemcy nie mogąc sforsować grobli obłożyli ją silnym ogniem moździerzy. Zmusiło to „Nurta” do wycofania placówki. To podczas tego manewru na swoim stanowisku pozostał ranny starszy strzelec Aleksander Jastrzębski „Alan”. Wybiegając nieco wprzód dodajmy, że po zajęciu grobli przez Niemców został przez nich dobity.

     Po wycofaniu drużyna „Gwera” dołączyła do głównej linii obrony kompanii „Habdanka”. W tym czasie była to najmniej liczna kompania (liczyła ok. 40 żołnierzy). Mimo szczupłości sił z powodzeniem broniła ona swojej głównej linii obrony w lesie. Drużyna „Gwera” zajęła miejsce na jej prawym skrzydle nawiązując kontakt z odpierającą ataki od Przygradowa kompanią „Jurka”.

Odejście 74 pp

Potyczka z niemieckim czołgiem podczas odprawy oraz nie cichnący głos walki sprawił, że major „Roztoka” postanowił zrealizować decyzję podjętą podczas odprawy: oddziały przechodzą do północnej części lasu. Nakazano likwidację taborów (wozy pozostawiono we wsi), a niezbędny materiał załadowano do końskich juków. Ostatecznie oddziały ściągnęły swoje placówki i zajęły stanowiska pomiędzy stawami, a linią kolejową wystawiając silne ubezpieczenia na drogę z Nieznanowic do Ludyni. Kierunek na Nieznanowice ubezpieczany był przez 5 kompanię II batalionu, a kierunek na Ludynię dozorowały placówki I batalionu.

     Dowódca 74 pp o zamiarze zmiany stanowisk nie poinformował niestety walczących w południowej części oddziałów. Zapewne decyzja o przegrupowaniu była też pochopna. "Roztoka" powinien najpierw zorientować się w sytuacji wszystkich oddziałów, a nie tylko swojego pułku. 

     Tak się niestety nie stało i doprowadziło to do sytuacji gdy odsłonięte zostały skrzydła batalionu „Nurta”. Odejście żołnierzy 74 pp odkryte zostało przez drużynę „Halnego” która sąsiadowała z 2 kompanią 74 pp ubezpieczając drogę od Kozłowa.

Narada dowódców: z lewej Władysław Czerwonka „Jurek”, pośrodku Stanisław Pałac „Mariański” z prawej Mieczysław Cebula „Baca” – październik 1944 r.

      Poinformowany o sytuacji „Nurt” uzupełnił luki wprowadzając do walki, pozostającą dotychczas w odwodzie, kompanię „Dzika”. Ubezpieczenie od strony Kozłowa objęła drużyna Józefa Kempinskiego „Krótki”, która zaminowała drogę i nawiązała kontakt na prawym skrzydle z palcówkami kompanii „Szorta”.

Szturm od Kozłowa

Ustabilizowanie linii walki na kierunkach od Przygradowa i Lipna sprawiło, że niemieckie dowództwo podjęło decyzję o rozpoczęciu ataków od strony wschodniej. Prawdopodobnie na tym kierunku Niemcy do walki wprowadzili siły wielkości batalionu.

     Niemiecki atak na tym kierunku szedł wzdłuż drogi z Kozłowa (od folwarku Lesisko) do Lipna. Stanowiska na tym odcinku zajmowała kompania „Szorta”. Na prawym skrzydle usadowiła się placówka Alfonsa Fiszlaka „Gajowy”. W opuszczonej stodole stanowisko zajmuje rkm który skutecznym ogniem powstrzymuje atakujących przez łąki Niemców. Skuteczny ogień skupił na stodole niemiecki ostrzał. Ranny zostaje celowniczy rkm NN „Mścisław”. Funkcję celowniczego przejmuje zastępca dowódcy kompanii Andrzej Gawroński „Andrzej”. Ranny zostaje także celowniczy piata – kapral Arkadiusz Wnętrzak „Dan”. Straty wśród partyzantów oraz silny niemiecki nacisk wsparty ogniem granatników spowodowały wycofanie placówki ubezpieczającej na lizjerę lasu gdzie główne stanowiska zajmowała cała kompania.

     Od strony Kozłowa Niemcy przeprowadzili także drugi atak przez wieś Henryków. Na tym kierunku, jak już pisaliśmy, placówkę ubezpieczającą stanowiła drużyna „Krótkiego” z kompanii „Dzika”. Ubezpieczenie założyło na drodze ładunki wybuchowe. Najechał na nie czołg (być może samochód pancerny), który został uszkodzony. Atakująca niemiecka piechota postanawia obejść bokiem partyzancki punk oporu, który jest wysunięty ok. 200 metrów od głównej linii obrony. Ruch ten wymusza wycofanie drużyny „Krótkiego”,  która traci kontakt ze swoimi głównymi siłami.

     Impet szturmu przyjmują na siebie zajmujący główne stanowiska żołnierze „Dzika”. Kompania zajmuje pozycje na skraju lasu, ale Niemcy mają do niej wygodne podejście. Do walki wprowadzane są świeże pododdziały, a partyzanckie stanowiska zasypywane są celnym ogniem moździerzy i ciężkiego karabinu maszynowego zajmującego stanowisko na wprost partyzanckich pozycji. Niebezpieczeństwo przerwania linii obrony zażegnuje „Nurt” przysyłając wsparcie w postaci obsługi moździerza. Także tu celne strzały kierowane przez "Mariańskiego" likwidują stanowisko ckm.

Stabilizacja i kres walki

Po zmuszeniu do wycofania placówek ubezpieczających walka była prowadzona w oparciu o główne linie obrony. Niemcy na każdym z kierunków próbowali jeszcze zepchnąć poszczególne kompanie w głąb lasu, ale nigdzie nie udało im się uzyskać powodzenia. Po trwających 4 godziny walkach, wraz z zapadającym zmrokiem, strzały ucichły.

Punkt sanitarny; w celcie doktor Władysław Chachaj „Andrzej”, siedzi sanitariuszka Edyta Nawratil „Baśka” – koniec października 1944 r.

     Straty I batalionu 2 ppLeg. wynosiły jeden poległy: starszy strzelec Aleksander Jastrzębski „Alan” oraz 3 ciężko rannych: kapral Arkadiusz Wnętrzak „Dan”, strzelec NN „Mścisław” i strzelec NN „Szarotka”. Część materiałów podaje, że rannych było 8 żołnierzy, ale być może kolejni mieli tylko lekkie obrażenia. Od ognia artylerii i pocisków moździerzy zabitych zostało też 5 koni taborowych.

     Niemcy do walki z batalionem „Nurta” wprowadzili łącznie co najmniej 4 kompanie piechoty oraz siły policyjne stanowiące równowartość 1-2 kompanii. Wspierały ich co najmniej dwa wozy pancerne które zostały uszkodzone. Na podstawie danych zebranych we wsiach Lipno i Przygradów straty niemieckie można ustalić łącznie na ponad 80 ludzi z czego kilkudziesięciu zabitych. Nieznane są siły niemieckie użyte do przeczesywania lasów w części północnej, ale pewne jest, że wspierały je czołgi.

Odwrót

Kiedy z nastaniem szarówki cichły walki na odcinku bronionym przez batalion „Nurta” Niemcy postanowili zamknąć pierścień okrążenia zgrupowania wprowadzając swoje siły na drogę Nieznanowice – Ludynia. Jadące od strony Nieznanowic czołgi wjechały na stanowiska zajmowane przez 5 kompanię z II batalionu  (dowódca Tadeusz Kamliński „Boryna”). Jeden z nich został uszkodzony co spowodowało, że Niemcy zaprzestali ruchu w tym kierunku pozostawiając dojście do torów niezabezpieczone. Czołg ten został kilka dni później przetransportowany przez Niemców do Włoszczowy.

     Natychmiast po tej walce oddziały 74 pp AK nie informując o tym „Nurta” opuściły kompleks leśny przechodząc wczesnym wieczorem przez tory kolejowe i udając się w okolice gajówki Jamskie, gdzie dotarły około północy.

     Tej samej nocy kompleks leśny opuścił także batalion „Nurta”, który po przejściu ok. 15 kilometrów dotarł do Chotowa. 

Bitwa pod Chotowem – 30 października 1944 r.

29 października zgrupowanie 74 pp oraz I batalion 2 ppLeg. stoczyły wielogodzinny bój z Niemcami. Główny ciężar walki wziął na siebie batalion „Nurta”. Był to kres wspólnego działania bowiem zgrupowanie 74 pp opuściło teren bez powiadomienia walczących. Batalion „Nurta” przetrwał, a po nocnym przemarszu dowódca i żołnierze mieli nadzieję na odpoczynek. Nie wiedzieli, że pierścień okrążenia wokół nich zaciska 603 Dywizja do Zadań Specjalnych Wehrmachtu.

Nocny przemarsz

Nocą z 29/30 października 1944 r. batalion „Nurta” postanowił oderwać się od nieprzyjaciela z którym od trzech dni prowadził walki. Dowódca liczył, że w nowym miejscu uda mu się dać czas na wypoczynek żołnierzy.

     Batalion Eugeniusza Kaszyńskiego „Nurt” forsownym marszem przekroczył linię kolejową Kielce - Częstochowa i bezdrożami pokonał odległość około 15 kilometrów. Około północy batalion dotarł do wsi Chotów. Tam nastąpił krótki postój, ale już o świcie oddział odskoczył na zachód z zamiarem biwakowania w lesie w okolicy gajówki Kuźnica. Miejsce było korzystne dla obrony, gdyż znajdowało się w wysokopiennym lesie, osłoniętym z trzech stron rzeką i stawami. Żołnierze mieli odpoczywać, a ubezpieczenie wystawiła 3 kompania Tomasza Wagi "Szort”.

     Wstawał pochmurny, dżdżysty dzień i kapitan „Nurt” liczył że zwolni to tempo niemieckiej obławy i batalion bezpiecznie doczeka w ukryciu do zmroku. Niestety jego nadzieje były płonne. Duże siły niemieckie gromadziły się w okolicznych miejscowościach chcąc pierścieniem obławy przeczesać lasy w kwartale: Włoszczowa – Krasocin – Oleszno – Kluczewsko – Włoszczowa. W kompleksie tym znajdował się batalion „Nurta”.

Niemiecki pierścień obławy

Trudno jest z całą pewnością określić siły niemieckie jakie zostały zaangażowane w obławę prowadzoną 30 października 1944 r. Według oceny wywiadu AK teren ograniczony drogami Włoszczowa – Krasocin – Oleszno – Kluczewsko – Włoszczowa otoczony został przez około 5 tysięcy żołnierzy i policjantów niemieckich, którzy szykowali się do metodycznego przeczesania terenu. Wiemy, że gros sił stanowili żołnierze z 603. Dywizji Strzelców Krajowych (603. Dywizja do Zadań Specjalnych) Wehrmachtu.

     Od świtu oddziały niemieckie posuwały się śladem przemarszu oddziału AK. „Szczęście” im dopisało oto bowiem w przydrożnej kopie siana odkryli jednego z partyzantów. Żołnierz o pseudonimie „Stach” z kompanii por. Jerzego Stefanowskiego „Habdank” był tak zmęczony, że podczas jednego  z postojów zasnął w przydrożnej kopie siana. Niestety nikt z kolegów nie zorientował się, że brakuje jednego z towarzyszy walki. To wszystko świadczy o olbrzymim zmęczeniu żołnierzy. „Stach” po przesłuchaniu został przez Niemców powieszony. Z pewnością nie powiedział nic, bo wiedzieć nic o planach marszu oddziału nie mógł, ale sama jego obecność nakazała Niemcom podjąć kolejne działania.

     Wczesnym rankiem, około godz. 7, z Krasocina wyjechała do Chotowa niemiecka kolumna dziewięciu aut. To rozpoznanie miało znaleźć ślad polskiego oddziału. W samym Chotowie Niemcy aresztowali sześciu mężczyzn. Rozpoczęło się przesłuchanie. Grożąc aresztowanym rozstrzelaniem próbowano dowiedzieć się w jakim kierunku odeszli partyzanci. Nie wiemy jaki był efekt przesłuchań, ale wiemy jaki był los aresztowanych. Czterej z nich zostali zwolnieni, ale dwóch pozostałych Niemcy postanowili zabrać ze sobą. Byli to liczący 45 lat Franciszek Lis (rolnik z Chotowa) oraz nauczyciel z Oleszna Jan Kawałek, żołnierz AK pseudonim „Wilk”.

     Niemiecka kolumna podzieliła się. Część samochodów zabierając aresztowanych pojechała do Oleszna. Tam po kolejnym przesłuchaniu Franciszek Lis został zwolniony, ale po „Wilku” wszelki ślad zaginął. Niemcy podczas przesłuchania prawdopodobnie zamordowali go, a ciało zakopali w nieznanym miejscu. Druga część (trzy terenowe samochody) otrzymała zadanie rozpoznania terenu na zachód od Chotowa.

Starcie pod Kuźnicą

Na schodach pałacu w Lasocinie plutonowy Stanisław Skorupka "Smrek" - zdjęcie z jesieni 1944 r.

     Jak już wspominaliśmy nad bezpieczeństwem batalionu „Nurta” czuwała kompania „Szorta”. Ok. 100 metrów od biwaku wystawione zostało ubezpieczenie w sile drużyny, którą dowodził Roman Świtakowski „Tryb”, która miała strzec jedynej drogi prowadzącej do partyzanckiego obozowiska. Żołnierze zaminowali dróżkę i sami zajęli stanowiska trzydzieści metrów dalej. Słyszeli nadjeżdżające trzy auta, ale zgodnie z rozkazem „Tryba” czekali aż samochody wpadną na założone ładunki. To zaufanie niestety się na nich zemściło. Jak się później okazało jadące szybko auta podskakiwały na korzeniach i „przeskoczyły” grzybki min. Dopiero gdy samochody znalazły się 15 metrów od partyzanckiej placówki padł rozkaz otwarcia ognia. Nieszczęścia chodzą jednak parami: partyzancki lkm  Bergman rozpoczął ogień, ale zaciął się już po pierwszym strzale.

     Pierwszy z niemieckich samochodów przejechał przez partyzanckie pozycje i zatrzymał się dopiero na drzewie za linią obrony. Co gorsze niemieckie strzały były bardzo celne i raniły dowódcę drużyny kaprala „Tryba” oraz żołnierzy z obsługi zaciętego karabinu maszynowego. Byli to: st. strzelec Zdzisław Jerka „Jerzy”, strz. Romuald Mytkowski „Maks” i strz. NN „Jur”. Mimo strat pozostali żołnierze drużyny rozpoczęli walkę.

     Strzały zaalarmowały pełniącą służbę kompanię „Szorta”, która natychmiast przyszła z pomocą żołnierzom z placówki ubezpieczającej. W krótkiej walce ginie jeden z Niemców i zniszczone zostają samochody. Pozostali okupanci salwują się ucieczką.

Partyzancki fortel

Lasocin, pośrodku plutonowy Stanisław Skorupka "Smrek" pozostali NN - zdjęcie z jesieni 1944 r.

     Potyczka zdradziła Niemcom miejsce postoju oddziału. Sam „Nurt” ocenił swoje położenie jako niekorzystne. Nie chciał jednak przyjmować walki w terenie już przez Niemców rozpoznanym dlatego zdecydował się na zastosowanie śmiałego fortelu. Dowodzony przez niego oddział docelowo miał przedostać się w kierunku lasów na tzw. Grzędzie Małogoskiej, ale tak dużej odległości nie mógł pokonać w ciągu jednego dnia, do tego pokonując  obstawione przez Niemców drogi. Kapitan „Nurt” zamierzał po przekroczeniu szosy Włoszczowa – Oleszno zatoczyć w lesie duże koło i praktycznie powrócić w okolice porannej walki. Liczył, że ten teren nie będzie przez obławę kontrolowany.

     Śmiały plan miał szanse powodzenia tylko wtedy gdy oddział pozbędzie się niepotrzebnego obciążenia. Zlikwidowano więc tabor kołowy najpotrzebniejszy sprzęt i amunicję ładując na juczne konie. Rannych odesłano do pobliskiej wsi Kotowa (było to prawdopodobnie trzech rannych z boju stoczonego pod Lipnem dzień wcześniej i czterech rannych w ostatniej potyczce). Pozostała przy nich sanitariuszka Anna Ostachowska „Ewa” („Nurt” podaje, że z rannymi zostały dwie sanitariuszki).

     Aby opóźnić poruszanie się oddziałów niemieckich podążających zapewne śladem batalionu AK kompania por. Jerzego Stefanowskiego „Habdank” otrzymała rozkaz zniszczenia mostków w kierunku wsi Kotowa i Biadaszek.

Rozbicie niemieckiej kompanii

Po ukończeniu przygotowań batalion odmaszerował. Za przewodników służyło mu dwóch miejscowych gajowych. Jednym z nich był st. strzelec Józef Tkaczyk „Kaczor”, który pozostał już w oddziale, a drugim sierżant Eugeniusz Owczarek „Wiarus”. Batalion prowadzony leśnymi ostępami poruszał się wolno bowiem w chwilach kiedy nadlatywał niemiecki samolot rozpoznawczy żołnierze zapadali w ukryciu co trwało do czasu aż samolot oddali się. Ostatecznie , zataczając w lasach wielkie koło, batalion podszedł około południa w rejon niewielkiego wzgórza (kota 349) koło wsi Biadaszek. Znajdowali się około kilometr od miejsca porannej potyczki.

Marian Świderski "Dzik"

     Idąca jako ubezpieczenie przednie 1drużyna (dowódca plutonowy Jan Wojtasiewicz „Janusz”) I plutonu kompanii „Dzika” napotkała w lesie niemiecką kompanię. O sytuacji natychmiast poinformowano kapitana „Nurta”. Kaszyński zdał sobie sprawę, że dalszy marsz batalionu jest niemożliwy bowiem Niemcy zamknęli zapewne pierścień okrążenia. Nie wiedział jedynie jakie siły zostały przez okupanta zaangażowane do przeprowadzenia operacji przeciwko niemu. O skali przygotowań nich świadczy fakt, że tylko przez Oleszno przejechało, zgodnie z meldunkiem wywiadu AK, 137 niemieckich pojazdów przewożących siły  użyte do obławy.

     Spotkanie niemieckiej kompanii uświadomiło „Nurtowi”, że dalsza droga jest niemożliwa. Dowódca uznał, że musi przyjąć walkę w tym terenie. Sam udał się do batalionu aby przygotować miejsce do obrony okrężne, a „Dzik” otrzymał rozkaz ostrzelania wroga.

     Niemiecka kompania szykowała się zapewne do rozpoczęcia przeczesywania lasu. Partyzanci zastali Niemców w trakcie odprawy. Wykorzystując sytuację „Dzik” podciągnął wszystkich swoich żołnierzy na dogodne stanowiska i ogniem z bliskiej odległości  rozbił oddział. Kompania „Dzika” posiadała na stanie dwa ręczne karabiny maszynowe, kilka pistoletów maszynowych i karabiny. Ostrzał był krótki, ale ogień prowadzony z bliskiej odległości musiał zadać okupantom wielkie straty.

     Niestety zapewne obecność w najbliższej okolicy innych niemieckich oddziałów nie pozwoliła żołnierzom AK zabrać zdobyczy z pobojowiska ani policzyć niemieckich strat. Tuż po starciu Niemcy, wystrzeliwując rakiety z trzech stron batalionu, określili swoje pozycje, oznaczając jednocześnie linię dla ostrzału własnej artylerii.

Obrona wzgórza

„Nurt” postanowił przyjąć walkę w miejscu najbardziej do tego odpowiednim czyli na pobliskim wzgórzu - kota 349. Batalion niezwłocznie zajął tu pozycje obronne w formie rozległego czworoboku. Kompania „Dzika”, po wykonaniu ataku na Niemców, zajęła stanowiska frontem w kierunku Biadaszka, kompania „Habdanka” na kierunku tzw. Zwiercińskiego Ługu, a kompania „Szorta” na kierunku wsi Chotów. Tyły zgrupowania osłaniała kompania por. Władysława Czerwonki „Jurkek”. Dowódca batalionu zajął stanowisko na tyłach kompanii „Szorta”. W małej niecce za wzgórzem ustawiono moździerz i ukryto juczne konie. Obok znajdowały się także konie zwiadu konnego, który pozostawał w odwodzie.
     Siły polskie nie miały żadnych szans na wymknięcie się z kotła w ciągu dnia i z zadowoleniem przyjmowały opóźnianie się niemieckiego szturmu. Niemcy, którzy w operację zaangażowali około 5 tysięcy wojska i sił policyjnych szykowali się metodycznie do zniszczenia oddziału. Naturalnie tylko część tych sił miała uderzyć na batalion „Nurta”, zdecydowana większość była użyta do obstawienia wszelkich dróg, którymi oddział mógłby próbować się wyrwać.
Niemiecka grupa uderzeniowa skoncentrowana była rejonie Biadaszka i rozwinięta wzdłuż dróg do Oleszna i Sukowa. Na wzgórzach koło Chotowa, a więc na tyłach zgrupowania AK ustawione były dwie baterie artylerii i stanowiska moździerzy. Zamiar niemiecki był jednoznaczny: zniszczyć kompletnie osaczone polskie zgrupowanie.
     Około godziny 14 niemieckie przygotowania zostały zakończone. Jednocześnie Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski pozycji partyzanckich. Początkowo był on niecelny, ale niebawem pociski zaczęły spadać na pozycje zajmowane przez kompanię „Dzika”. Padli pierwsi zabici. Skupieni wokół jednego rkm padli rozerwani jedną eksplozją: kapral Edmund Walocha „Tadek”, kapral Jan Orłowski „Urban” i strzelec Mieczysław Bąderski „Sobieski”.

Dwa szturmy

Lasocin, pośrodku w okularach pchor. Stanisław Skotnicki "Bogoria" - zdjęcie z jesieni 1944 r.

Po zakończeniu ostrzału artyleryjskiego ruszyła niemiecka piechota, prawdopodobnie w sile dwóch kompanii. Natarcie prowadzone było ostrożnie i miało charakter rozpoznania bojem. Atak skierowany był na stanowiska kompanii „Dzika”. Kiedy niemieccy żołnierze znaleźli się w zasięgu skutecznego ognia dowódca kompanii dał rozkaz otwarcia ognia. Niemiecki szturm załamał się, a Niemcy wycofali się aby dokonać przegrupowania.

     Pierwsza walka pozwoliła niemieckiemu dowództwu rozpoznać usytuowanie polskiej linii obrony. Jednocześnie wycofanie atakujących kompanii umożliwiło wznowienie ostrzału artyleryjskiego. W późniejszym czasie ogień artylerii przeniósł się na stanowiska zajmowane przez kompanię „Szorta”. Kompania ta ponosiła też straty od broni maszynowej bowiem prowadzony on był wzdłuż jej linii obrony.

     Ruszył drugi atak. Tylko na kierunku kompanii „Dzika” atakują trzy niemieckie kompanie. Biorąc pod uwagę liczebność sił atakujących nie odniosły one sukcesu, ale sprawiły, że wyczerpały się skromne zapasy amunicji. W tej części walki ciężkie rany odnieśli strzelcy: Czesław Lubowicki „Bill” i Aleksander Zienkiewicz „Zając” obsługujący jeden z ręcznych karabinów maszynowych. Nawet dostarczanie na pierwszą linię amunicji było utrudnione, a nacisk niemiecki był coraz większy. Kompania w zorganizowany sposób wycofała się więcok. 30 metrów do tyłu gdzie oczekiwała podrzucona amunicja. Jej ładowaniem do magazynków zajmowali się żołnierze z kompanii które nie brały udziału w walce.

     W tym samym czasie dowództwo niemieckie postanowiło przeprowadzić pomocnicze uderzenie na pozycje kompanii chor. „Szorta”. W najtrudniejszej sytuacji znalazła się drużyna Zdzisława Rachtana „Halny”, która znajdowała się na styku obu kompanii. Obłożona silnym ogniem straciła kolejnych żołnierzy. Ciężko ranny został kapral Bolesław Domański „Bolek", celowniczy rkm browning wz. 28, i jego amunicyjny strzelec Tadeusz Szlifierski „Węgorz”. Ranna zostaje także obsługa drugiego rkm: celowniczy - kapral Jerzy Dworczyński . „Drzewicz” i amunicyjny - kapral Stanisław Alkiewicz „Kniaź”. Z walki, przez uszkodzenie, wyeliminowany został także  rkm obsługiwany przez plutonowego Czesława Spytkowskiego „Bat”. Mimo strat drużyna wykonała rozkaz dowódcy kompanii i zagięła skrzydło utrzymując łączność z wycofaną kompanią „Dzika”. Uniemożliwiło to Niemcom wbicie klina pomiędzy kompanie „Dzika” i „Szorta”.

     W odparciu drugiego szturmu, na obu odcinkach,  swój udział miał także ogień prowadzony przez jedyny partyzancki moździerz. Pozbawiony przyrządów celowniczych i tabel okazał się doskonałą bronią w sprawnych rękach obsługującego go porucznika Stanisława Pałaca „Mariański”, któremu pomagał żołnierz zwiadu konnego: ogniomistrz Marian Łyżwa „Żbik”. Czterdzieści kilka wystrzelonych pocisków nie zostało zmarnowanych i uczyniło duże straty w szeregach atakujących.

Wzmocnienie obrony

Układ drużyn w linii obronnej do dołączeniu wzmocnień

Mimo że Niemcy nie szturmowali to dwie partyzanckie kompanie prowadziły walkę pozycyjną. „Nurt” zdając sobie sprawę z możliwości zwiększenia niemieckiego nacisku wprowadził do walki siły stojące dotąd na innych odcinkach. Było to ważne bowiem prawdopodobnie w tym czasie skończyła się amunicja do moździerza, a co gorsza zaczęło brakować amunicji znajdującej się w zapasach batalionu.

     Linia obrony kompanii „Dzika” została wzmocniona drużynami ze składu kompanii „Habdanka”. Z całą pewnością była to drużyna plutonowego Mariana Kotkowskiego. „Marek” która wsparła drużynę plutonowego Jana Wojtasiewicza „Janusz” oraz drużyna  kaprala Wacława Długosza „Mikołaj”.

     Linia kompanii „Szorta” została natomiast wzmocniona przez spieszonych kawalerzystów konnego zwiadu ppor. Stanisława Skotnickiego „Bogoria”.

     Trwała walka pozycyjna podczas której zdarzył się humorystyczny epizod. Niemcy licząc, że skrwawione polskie oddziały nie mają już ochoty do dalszej walki zaczęli krzyczeć:

- „Banditten, waffen abgeben!” („Bandyci, poddajcie się”).

I wówczas z polskiej linii dał się słyszeć donośny głos porucznika Stanisława Pałaca. „Mariański” krzyknął: Pocałujcie nas w dupę!.

Partyzancki kontratak

Bój trwał już trzy godziny, ale do zmroku pozostała jeszcze godzina. Linia walki ustabilizowała się. „Nurt” zdawał sobie jednak sprawę, że to cisza przed burzą. Nieprzyjaciel szykował się do ostatecznego szturmu. Pod osłoną zapadającego zmroku oddziały niemieckie podciągnęły do pierwszej linii walki. Ten atak mógł się zakończyć dla batalionu AK klęską bowiem wielu żołnierzy miało już resztki amunicji.

     „Nurt” postanowił więc wykonać natarcie uprzedzające. Oddziały niemieckie miały zostać zaatakowane w chwili gdy same będą zajmowały się przygotowaniami do szturmu. Najpierw linia niemieckich oddziałów została obrzucona granatami, a następnie do przeciwnatarcia ruszyła kompania „Jurka”. Uderzyła przez kompanię „Szorta” porywając ją za sobą (część relacji podaje, że w ataku wzięli także udział żołnierze z kompanii „Dzika”).

     Literatura przedstawia ten szturm jako „formalność”, jako operację podczas której Niemcy zaczynają uciekać już po pierwszych strzałach. Niestety zanim tak się stało wyszkolone jednostki okupanta zadały atakującym poważne straty. W pierwszej fazie natarcia zginął kanonier Stanisław Gajek „Wicher”. Ranni zostali: starszy strzelec Bernard Zalisz „Bem”, strzelec Stefan Jakubowski „Kampel”. Wszyscy z kompani „Jurka”. Ranni zostali także żołnierze z kompanii „Szorta” jak ppor. Andrzej Gawroński „Andrzej”.

     Mimo wszystko brawurowe partyzanckie  natarcie złamało niemiecką linię i przeciwnik rzucił się do ucieczki. Niemców ścigano na przestrzeni ok. 1 kilometra. Pościg zakończył się z chwilą zapadnięcia zmroku. W walce zdobyto obfity łup w postaci broni, amunicji i wyposażenia, co pozwoliło batalionowi przetrwać następne, trudne dni.

Krajobraz po bitwie

Pomnik w Chotowie upamiętniający bitwę, niedaleko od miejsca gdzie poległ "Żbik"

Desperacki szturm partyzantów uratował batalion, ale nie zapewniał mu bezpieczeństwa. Tuż po zakończeniu walki sanitariuszki i lekarze zajęli się rannymi. Żołnierze z kompanii „Habdanka” wykopali kopią groby i zajęli się pochówkiem poległych pięciu żołnierzy (tak podają „Dzik” i „Nurt”). Według relacji Mariana Świderskiego „Dzik” do każdego z grobów włożona została butelka, w której na kartce umieszczony jest pseudonim pogrzebanego. „Dzik” tak opisuje ostatnie pożegnanie: „Kapelan batalionowy intonuje żałobny psalm, a my w skupieniu odmawiamy Wieczny odpoczynek…” Kapelanem który do końca pozostał przy walczących był ksiądz Zygmunt Głowacki „Jaskólski” (przed reorganizacją kapelan 2 Dywizji Piechoty AK).

            Rannych było łącznie 16 lub 17 żołnierzy. Do ewakuacji ciężko rannych użyty został wóz Jakuba Marcinkowskiego z Oleszna, który przyjechał do lasu po drzewo i dostał się niespodziewanie w pierścień obławy (zapewne część z rannych było niesionych przez kolegów).

      „Nurt” zdawał sobie sprawę, że musi jak najszybciej opuścić zagrożony teren, ale z drugiej strony wie, że jego żołnierze są u kresu wytrzymałości i musi im dać chwilę wytchnienia. Jeszcze w czasie gdy oddziały przebywały na wzgórzu do pobliskiego Chotowa wysłany został trzyosobowy patrol kawaleryjski pod dowództwem ogniomistrza Mariana Łyżwy „Żbik”. Szczęśliwie wioska była wolna od Niemców, którzy na noc wycofali się z zagrożonego terenu. Meldunek o tym błyskawicznie otrzymał „Nurt”, który skierował batalion do wioski - na krótki odpoczynek.  

     Kaszyński wie, że nie może długo kwaterować w Chotowie bowiem w dalszym ciągu znajduje się w niemieckim okrążeniu. Postój miał dać tylko ludziom możliwość wytchnienia. Nie zaniedbano jednak wystawienia posterunków które miały informować o niemieckich ruchach. Jako pierwsza służbę rozpoczęła skrwawiona w walce drużyna Zdzisława Rachtana „Halnego” z kompanii „Szorta” – ale do tak odpowiedzialnych zadań - zależało od tego bezpieczeństwo całego oddziału - wystawiano najlepsze jednostki.

     Dziś z perspektywy lat wiemy, że „Nurt” planował przebijanie się z okrążenia na zachód w lasy nad Pilicą (zmienił swój wcześniejszy zamiar). W tym celu wysłany został konny patrol kawalerzystów z ogniomistrzem Marianem Łyżwą „Żbik” jako dowódcą (w składzie Jan Szczepanik "Werbel " i Leon Skowron "Huragan"). Mieli podjechać tylko do drogi Włoszczowa - Oleszno aby stwierdzić czy jest zajęta przez Niemców. Około godziny 22 wyminęli drużynę „Halnego”, ale nie ujechali daleko. Padła seria z niemieckiego karabinu maszynowego od której zginął Marian Łyżwa „Żbik”. Droga była obstawiona przez Niemców.

Ostatnie straty

Ranny partyzant ze zgrupowania "Nurta" - zdjęcie wykonane po bitwie pod Chotowem 30 X 1944,

     Strzały zaalarmowały utrudzony batalion. Dowódca zdawał sobie sprawę, że musi natychmiast opuścić Chotów. Wiedząc, że droga Włoszczowa – Oleszno jest obstawiona przez Niemców batalion musiał pomaszerować w kierunku przeciwnym. Na kwaterze został dogorywający Tadeusz Szlifierski „Węgorz" (jego stan był bardzo ciężki, a nocna jazda na podwodzie przedłużyłaby męczarnie). W ostatniej chwili ppor. Zdzisław Witebski „Poraj" wynosi na plecach z jednej z chałup zapomnianego rannego - ppor. Andrzeja Gawrońskiego „Andrzej" i kładzie na odjeżdżający wóz.

     Zmęczeni żołnierze pokonali nocą 12 kilometrów. Po przejściu ufortyfikowanych wzgórz Grzędy Małogoskiej nad ranem batalion stanął we wsi Ewelinów. Wszyscy mieli nadzieję, że dzień 31 października, będzie dniem upragnionego odpoczynku. Zanim drużyny rozkwaterowały się w domach ubezpieczenie przekazało informację, że od strony Lasocina zbliża się kolumna niemieckiego wojska  z czołgami. Przemęczenie żołnierzy, brak amunicji oraz obawa o konsekwencje jakie mogą spaść na wioskę sprawiły że batalion odmaszerował do lasu. Dzięki miejscowym przewodnikom oddział został przeprowadzony do jednego z suchych wzniesień wśród bagien uroczyska Karolinów (lasy świdzińskie nad rzeką Czarna Pilczycka).

     Niemiecka obława przez cały dzień przeczesywała lasy świdzińskie, ale bez przewodników Niemcy nie odważyli się zapuścić na bagna uroczyska Karolinów. Ograniczyli się jedynie do ostrzelania terenu. Partyzancki batalion nie odpowiedział ogniem . Wszystkie kompanie batalionu „Nurta” zachowywały całkowitą ciszę. W takiej ciszy zmarł na jednej z podwód strzelec Stanisław Alkiewicz „Kniaź” (pochowany na miejscu).

     Wieczorem kapitan Kaszyński z batalionem udał się do Lasocina gdzie pozostawił ciężej rannych. Po krótkim odpoczynku batalion ruszył dalej i ostatecznie wyrwał się z kleszczy niemieckiej obławy. W Lasocinie kilka dni później (7 listopada) zmarł z ran strzelec Stefan Jakubowski „Kampel” – ostatnia ofiara bitwy pod Chotowem.

Zdzisław Rachtan „Halny”

Trudno jest określić z całą pewnością wysokość strat niemieckich. W meldunku Komendanta Okręgu Kielce do sztabu Naczelnego Wodza znajduje się zapis, że w bitwie pod Chotowem okupant stracił 300 ludzi.

     Nie jest to do końca zgodne z innymi relacjami które podają, że takie straty Niemcy ponieśli w ciągu dwóch dni walk: pod Lipnem i pod Chotowem. Pod Lipnem Niemcy stracili około 80-100 ludzi więc na Chotów przypada ok. 200 zabitych i rannych okupantów – co jest prawdopodobne.

     Do niemieckich strat należy też doliczyć trzy rozbite pod Chotowem samochody i dużą ilość zdobytej broni.

Podsumowanie walki

Bitwa pod Chotowem była ostatnim fragmentem w czterodniowych walkach z Niemcami, prowadzonymi w ostatnich dniach października na terenie Obwodu Włoszczowa AK. Batalion „Nurta” pokazał, że determinacja żołnierzy i odważne decyzje dowódcy mogą wyprowadzić oddział z matni. Mało tego przy stosunkowo małych stratach własnych można było zadać nieprzyjacielowi dotkliwe straty.

     W meldunku Komendanta Okręgu Kielce do sztabu Naczelnego Wodza czytamy: „ W czasie odskoku 2 ppLeg. w rejonie Oleszna został otoczony. Odległość od nieprzyjaciela dochodziła czasem do 30 metrów, brakło amunicji do moździerza i karabinów maszynowych. Dzięki brawurze dowódcy i żołnierzy, szturmem przerwano pierścień, zadając dotkliwe straty nieprzyjacielowi, wynoszące do 300 ludzi. Straty własne 8 zabitych i 6 rannych”

     Meldunek jest mylący bowiem do zabitych wlicza tylko część zmarłych z ran. Straty w rannych podawane są na 6 gdy tymczasem było ich prawie 20.

     W każdej historii znajdują się elementy niejasne. Tak też dzieje się w przypadku bitwy pod Chotowem. Po uzgodnieniach z doktorem Markiem Jedynakiem (specjalizującym się w historii Zgrupowania Jana Piwnika „Ponury” i batalionu „Nurta”) przedstawiamy najbardziej prawdopodobną listę strat batalionu jakie poniósł on 30 października 1944 r.

Cmentarz w Olesznie - kwatera poległych pod Chotowem

Polegli podczas bitwy:

- strzelec. Mieczysław Bąderski „Sobieski",

- kanonier Stanisław Gajek „Wicher",

- starszy strzelec Tadeusz Jan Łyżwa „Ryś",

- kapral Jan Orłowski „Urban",

- kapral. Edmund Walocha „Tadek",

- kapral. Zaleski „Ben".

 

Poza główną bitwą poległ 30 października w Chotowie - ogniomistrz Marian Łyżwa „Żbik”.

 

Spośród rannych w bitwie zmarli:

- kapral Alkiewicz Stanisław „Kniaź”, ranny - zmarł na uroczysku Karolinów 31 października 1944 r.,

- kapral Bolesław Domański „Bolek" – zmarł na początku listopada,

-strzelec Szlifierski Tadeusz „Węgorz” (z innych źródeł wynika, że nazywał się   Zygmunt Wiśniewski) ranny – zmarł w Chotowie 30.10.1944 r.,

- strzelec Jakubowski Stefan „Kampel”. – zmarł w Lasocinie 7 listopada 1944 r.

 

Większość poległych pod Chotowem pochowanych jest na cmentarzu w Olesznie (Gmina Krasocin) i znajduje się pod stałą opieką władz samorządowych i miejscowej szkoły.

 

Tak więc w wyniku walk pod Chotowem poległo łącznie 11 żołnierzy batalionu kapitana Eugeniusza Kaszyńskiego „Nurt”.

Posłowie

Z perspektywy lat nie ma problemu z umiejscowieniem czasu bitwy pod Chotowem. Miała ona miejsce 30 października 1944 r. Niestety przez wiele powojennych lat władający Polską komuniści robili wszystko aby wymazać z kart historii dokonania Armii Krajowej. Sukcesem było uzyskanie zezwolenia na upamiętnienie walk oddziałów AK. Taki trud podjęli Eugeniusz Owczarek „Wiarus” i Józef Tkaczyk „Kaczor” (podczas wydarzeń 30 października służyli batalionowi „Nurta” za przewodników) z których inicjatywy mieszkańcy Chotowa ufundowali pomnik przypominający o bitwie pod Chotowem.

Pamięć ludzka jest jednak zawodna. Podczas przygotowań do odsłonięcia obelisku (w rocznicę bitwy w 1962 roku) umieszczono na nim złą datę dzienną. Tak już zostało co nie zmienia faktu, że miejscowa społeczność bardzo dobrze znała faktyczną datę.

     Wiele lat później podczas renowacji pomnika umieszczono na nim nową tablicę z poprawną datą. Stara został przykryta i niech złe duchy komuny nigdy nie wychodzą na światło dzienne.

Ostatnie dni batalionu "Nurta"

Nastająca jesień, kwaterujące w wielu wioskach niemieckie oddziały frontowe bądź pomocnicze, trudności z zaopatrzeniem żołnierzy nie napajały optymistycznie dowódcy batalionu. Rozwiązanie tych problemów nie było łatwe. 

31 października 1944 r.

Zmęczeni walką żołnierze pokonali nocą 12 kilometrów. Po przejściu ufortyfikowanych wzgórz Grzędy Małogoskiej, nad ranem, batalion stanął we wsi Ewelinów. Wszyscy mieli nadzieję, że nadchodzący dzień, będzie dniem upragnionego odpoczynku. Zanim drużyny rozkwaterowały się w domach ubezpieczenie przekazało informację, że od strony Lasocina zbliża się kolumna niemieckiego wojska  z czołgami. Przemęczenie żołnierzy, brak amunicji oraz obawa o konsekwencje jakie mogą spaść na wioskę sprawiły że batalion odmaszerował do lasu. Dzięki miejscowym przewodnikom oddział został przeprowadzony do jednego z suchych wzniesień wśród bagien uroczyska Karolinów (lasy świdzińskie nad rzeką Czarna Pilczycka).

     Niemiecka obława przez cały dzień przeczesywała lasy świdzińskie, ale bez przewodników Niemcy nie odważyli się zapuścić na bagna uroczyska Karolinów. Ograniczyli się jedynie do ostrzelania terenu. Partyzancki batalion nie odpowiedział ogniem . Wszystkie kompanie batalionu „Nurta” zachowywały całkowitą ciszę. W takiej ciszy zmarł na jednej z podwód strzelec Stanisław Alkiewicz „Kniaź” (pochowany na miejscu).

     Wieczorem kapitan Kaszyński z batalionem udał się do Lasocina gdzie pozostawił ciężej rannych. Po krótkim odpoczynku batalion ruszył dalej. Należy tu dodać, że 31 października siły niemieckie prowadziły tego dnia także obławę w lasach świdzińskich, na północny zachód od Chotowa, jak również w lasach Kurzelowskich – 1 batalion 74 – co świadczyło że Niemcy nie mieli rozeznania gdzie przeniósł się batalion „Nurta”. Sam dowódca oceniając sytuację postanowił pozorować odskok w kierunku wschodnim – w rejon lasów koło Dobrzeszowa. W tym celu po odpoczynku w Lasochowie oddział wymaszerował w kierunku Radoszyc aby następnie powrócić na teren poprzedniego swego biwaku na uroczysku Karolinów.

1 listopada 1944 r.

Przysypani śniegiem. Od lewej: Mieczysław Cebula "Baca", Julian Materek "Szach" (tyłem), por. Jerzy O. Stefanowski "Habdank", por. Marian Świderski "Dzik" i kpt. Eugeniusz G. Kaszyński "Nurt"

Dowództwo niemieckie dało się wyprowadzić w pole i przeniosło obławę w lasy koło Radoszyc. W tym czasie batalion wszedł do Ewelinowa i żołnierze mogli wreszcie odpocząć w cieple domów. Był to jednak jeden z ostatnich momentów kiedy oddział liczący jeszcze ponad 200 żołnierzy może pozostać we wsi. Odtąd, w terenie nasyconym jednostkami frontowymi, zdarzało się to bardzo rzadko. „Nurt” zdawał sobie sprawę, że batalion musi zostać rozformowany, ale problemem było zapewnienie bezpiecznych schronień dla żołnierzy, a większość z nich pochodziła spoza terenu włoszczowskiego czy koneckiego.

     W celu poszukiwania znośnych warunków egzystencji zgrupowanie przeszło w rejon Radoszyc i biwakowało w rejonie Lipy, a następnie przesunęło się w lasy koneckie zajmując wsie Adamek i Jan Dziadek. Według relacji dowódców oddział nie zajmował całych wsi, ale oddalone od głównego skupiska przysiółki i wolne chaty.

5-6 listopada 1944 r.

Dowództwo niemieckie dało się wyprowadzić w pole i przeniosło obławę w lasy koło Radoszyc. W tym czasie batalion wszedł do Ewelinowa i żołnierze mogli wreszcie odpocząć w cieple domów. Był to jednak jeden z ostatnich momentów kiedy oddział liczący jeszcze ponad 200 żołnierzy może pozostać we wsi. Odtąd, w terenie nasyconym jednostkami frontowymi, zdarzało się to bardzo rzadko. „Nurt” zdawał sobie sprawę, że batalion musi zostać rozformowany, ale problemem było zapewnienie bezpiecznych schronień dla żołnierzy, a większość z nich pochodziła spoza terenu włoszczowskiego czy koneckiego.

     W celu poszukiwania znośnych warunków egzystencji zgrupowanie przeszło w rejon Radoszyc i biwakowało w Rejonie Lipy, a następnie przesunęło się w lasy koneckie zajmując wsie Adamek i Jan Dziadek. Według relacji dowódców oddział nie zajmował całych wsi, ale oddalone od głównego skupiska przysiółki i wolne chaty.

10-11 listopada 1914 r.

Oddział, na leśnym obozowisku niedaleko od gajówki Rosochy, został przysypany pierwszym śniegiem. Zgodnie z meldunkiem „Nurta” zgrupowanie liczyło jeszcze 242 żołnierzy.

11 listopada 1944 r.

Dzień święta narodowego zapisał się we wspomnieniach żołnierzy zabiciem ostatniej batalionowej klaczy. Mięso było ledwo opieczone na ogniu, szybko je zgaszono, aby nie zdradziło miejsca kwaterowania.

12-13 listopada 1944 r.

Oddział, który szykował się do opuszczenia kompleksu leśnego został objęty niemiecką obławą (była to prawdopodobnie akcja skierowana przeciwko resztkom oddziałów AL. Oraz grupie sowieckiej ST. Lejtnanta Riaszczenki). Batalion nie został odkryty przez Niemców, ale sama sytuacja skłoniła „Nurta” do podjęcia ostatecznej decyzji rozwiązania batalionu.

13 listopada 1944 r.

Od lewej: por. Stanisław Pałac „Mariański", kpt. Eugeniusz G. Kaszyński "Nurt", ks. Zygmunt Głowacki "Jaskólski" i por. Marian Świderski "Dzik"

W miejscu swojego stacjonowania, wieczorem, E.Kaszyński rozwiązał swoje zgrupowanie dzieląc je na dwa pododdziały, które odeszły w wyznaczone rejony.

-pododdział pod dowództwem „Nurta”, ok. 80 żołnierzy, przeszedł ponownie na teren Obwodu Włoszczowa gdzie żołnierze zostali rozmieszczeni na kwaterach,

-pododdział dowodzony przez Mariana Świderskiego „Dzik” przeszedł w rejon wsi Belno koło Zagnańska. Odłączył się tam pluton Mieczysława Młudzika „Szczytniak”, jego ludzie pochodzili z okolic Kielc, który przeszedł w rodzinne tereny i zdemobilizował się. „Dzik” na czele pozostałych żołnierzy jeszcze tej samej nocy przekrpczył szosę Kielce  - Skarżysko. Stało się to we wsi Występa, a oddział stoczył kalkę z niemieckimi siłami i osiągnął lasy na Bukowej Górze.

14 listopada 1944 r.

Oddział zatrzymał się na południe od wsi Łączna-Zagórze w Paśmie Klonowskim, ale pluton „Lisa” już o wschodzie słońca wyruszył na patrol w rejon wsi Wilków. W tym samym czasie Niemcy zaalarmowani wcześniejszą potyczką rozpoczęli obławę w tzw. Dolinnie Wilkowskiej. Nie wykryła on partyzantów, ale Niemcy aresztowali kilka osób (np. Stefana Fąfarę „Dan”)

14-15 listopada 1944 r.

„Dzik” z powierzonymi mu ludźmi przechodzi na wschodni skraj lasów, w rejon wsi Wilków i Psary, gdzie przy pomocy komendy Podobwodu AK Bodzentyn nastąpiła jego całkowita demobilizacja. 

Wróć